Google Alerts informuje nas, gdy tylko w sieci pojawi się jakiś wpis z wybranym przez nas słowem lub frazą. Jest to narzędzie szczególnie pomocne w pracy SEO, chodź i ja znalazłem dla niego pożyteczne zastosowanie.

Alerty to nie tylko pozycjonowanie, google trendy czy pracowanie nad pozycjami w rankingach Google. Na małą skalę, to brak jednego elementu przysporzył mi wiele trudności i prawie zniechęcił do korzystania z Google Alerts. Był to brak wyboru danego regionu oraz języka w jakim chcemy szukać danych fraz. Było to z czytywane automatycznie z profilu Google, co kolidowało z moimi planami wykorzystania alertów. Rozwiązaniem była zabawa w przestawianie informacji w profilu w Google – niezbyt praktyczne.

Na szczęście te czasy minęły, Google wyszło naprzeciw oczekiwaniom, myślę że nie tylko moich i dodało dwa dodatkowe filtry: region i język.

google view on seo

Takie dane są nie tylko przydatne przy prowadzeniu kampanii reklamowych Google Adwrds, ale przede wszystkim w odnajdowaniu potencjalnych miejsc dla pozycjonowanych serwisów www. Narzędzie Google Alerts pozwala na stałe monitorowanie fraz i tematów. Można być dzięki temu na bieżąco, gdzie pojawiają się twz. zajawki seo nt. danego klienta.

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie znalazł czegoś co można jeszcze poprawić. Na ten moment w jednym alercie, możemy wybrać albo jeden region i język, albo wszystkie. Czyli niektórzy z nas będą musieli tworzyć dwa oddzielne alerty na to samo zadanie, ale mimo wszystko, nowe opcje to bardzo duże udogodnienie i ułatwienie korzystania z Google Alerts.

Doszedłem do wniosku, że warto będzie się z wami podzielić tym. Zauważyłem ostatnio ten fenomen i może jestem paranoikiem, ale jestem pewien, że to się dzieje codziennie w mediach społecznościowych. Ponieważ nie przychodzi mi nic lepszego do głowy, nazwijmy to “sfingowane” wiadomości w social media z intencją zniszczenia konkurencji.

 

O to na co się natknąłem przy działaniach anty-seo:

 

Klient sieci restauracji Vapiano nakręcił film, jak w jego talerzu z sałatką wije się gąsienica. Następnie umieścił swoje dzieło na facebookowym fanpagu restauracji. Nie trzeba chyba dodawać, jak bardzo ten wirus rozprzestrzenił się w ciągu dnia. Teraz ogół społeczeństwa myśli sobie “Nigdy więcej nie pójdę do tej restauracji”. I zaowocowało to tzw. niemieckim “shitstormem” na epicką skalę…

 

W zasadzie, ktoś kto nie do końca lubi swoją konkurencję, włożył gąsienicę do sałatki, dodał wizytówkę Vapiano i nakręcił film. Na samym filmie nie widać nawet gdzie to ma miejsce i kto jest ofiarą tego nieszczęścia. Tak naprawdę mogło to być sfilmowane w samej kuchni prowokatora. Stworzyli fałszywe konto na Facebooku i umieścili film z ów konta. A ponieważ ogół społeczeństwa wierzy we wszystko co widzi, czyta i słyszy,  rozpoczęło się ostre mieszanie z błotem. Podobne sytuacje dzieją się bardzo często w dzisiejszych czasach.

Lekcja marketingu internetowego

Wartą zwrócenia uwagi, jest jeszcze jedna lekcja marketingu: Interesujące jest, jak sobie radzą z tym zniszczeniem i masą komentarzy sami poszkodowani. Otóż odpisują na prawie każdy komentarz. Jestem pewien, że pracownik odpowiedzialny za social media, pracuje 24 godziny bez przerwy na toaletę. Nie wyobrażam sobie jak inaczej, byłoby to możliwe, odpisywać na ten sztorm komentarzy.

 

Szybko ten czas mija, ale to właśnie 1 kwietnia 2004 roku, Google wypuściło beta wersję swojego klienta pocztowego. Ciekawostką jest, że na samym początku, do Gmaila można było się zapisać tylko poprzez zaproszenie. Te czasy bezpowrotnie minęły, bo po 10 latach Gmail posiada ponad 425 milionów użytkowników. Ciekawe czy za kolejną dekadę, licznik dobije do miliarda? Jeśli tak, jak bardzo to wpływanie na korzystanie z gmail przez freelancerów i pseudo seowców, w celu sztucznych działań pozycjonerskich.

Z okazji dziesięciolecia, obejrzyjcie ilustrowany film – Jak działa WordPress i search engine optimization (pozycjonowanie) według Google i mózgu, którego nie trzeba nikomu przedstawiać, Matt Cutts.